Der Dachstein 2010
Lipiec 21, 2010 agu

Zastanawiam się jaka musi zajść powtarzalność, by mówić o tradycji. Załóżmy jednak, że 3 to odpowiednia ilość, a zatem zgodnie z tradycją wybraliśmy się wesołą zgrają na letni shredding na austriacki lodowiec Der Dachstein. Kolejny rok, kolejne wakacje, a my niezmiennie ulokowaliśmy się w naszej, oddalonej o 32km od dolnej stacji gondoli, willi – oazy czilu i spokoju (z wyjątkiem momentów kiedy piliśmy alkohol).

Nie jest to może idealne rozwiązanie, gdyż wiąże się z codziennymi dojazdami (w tym roku dodatkowo utrudnionymi przez roboty drogowe, co dla nas – Polaczków – okazało się wątpliwą blokadą, gdyż dzień w dzień paliliśmy przysłowiowego Jana i jeździliśmy slalomem między austriackimi robotnikami, austriackimi koparkami i austriackimi wywrotkami pełnymi austriackiej ziemi oraz austriackich kamieni), ale ma też swoje ogromne plusy. Przede wszystkim widok na lodowiec, jeziorko pod willą, wielki taras z leżakami, saunę (w tym roku miała nieco inne przeznaczenie niż to zgodne z instrukcją obsługi, ale mniejsza o to), krowy w zasięgu ręki, garbatego Fritzla naprzeciwko i spadające głazy. Zresztą, jeździmy tam na wczasy, a nie na bauns, więc taka agroturystyka siada idealnie! Swoją drogą, nie wiem czy nie lepszy byłby czas przeszły w poprzednim zdaniu, gdyż jestem pełen obaw, że Hans-gospodarz nie wynajmie nam więcej willi za kilka drobnych wpadek, które zaliczyliśmy podczas tegorocznej kolonii. Mam jednak cichą nadzieję, iż jestem w ogromnym błędzie i Hans-gospodarz tak naprawdę nie wyobraża sobie kolejnego lata bez wesołej i rozbrykanej gromadki z Poldonu. A skoro jesteśmy już przy gromadce, to tutaj nastąpi wzmianka o składzie personalnym. Otóż, pojechało nas kilkanaście osób, wśród których znaleźli się ziomeczki z All-fours, ziomeczki z KTT Home Video, kilkoro ziomeczków z Warszawki oraz ja. Ok, to tyle drogą wstępu.

W tym akapicie będzie o parku i pogodzie, więc jeśli nie jesteś zainteresowany/a tym co nastąpi, możesz przejść dalej. Już kilka dni przed wyjazdem dochodziły nas plotki, iż nad lodowcem, dzień w dzień, świeci słoneczko i panuje epicka, letnia aura. Nie muszę chyba dodawać, iż wprowadziło nas to w doskonałe nastroje. Jeszcze przyjemniej nam się zrobiło, kiedy dojechaliśmy na miejsce (w sobotę, 3 lipca o 18.34), słonko świeciło, na niebie nie było żadnych chmur i nic nie zapowiadało Mordoru, który ujrzeliśmy w niedzielę rano. Lejący z nieba deszcz sprawił, że buźki błyskawicznie zmieniły się z takich „:)” na takie „:(„. Wybraliśmy się jednak na górę, odebraliśmy karnety i wjechaliśmy na górę, by ocenić na własne oczy tegoroczny set-up Horsefeathers Superparku. Chwila rozjeżdżenia i już uciekaliśmy z powrotem na dół, bo się najzwyczajniej na świecie nie dało jeździć. 2 dzień, to powtórka z rozrywki. Ja nawet nie wpiąłem się w deskę, więc nie wiem czy fajnie się jeździło podczas burzy na lodowcu, ale pewnie średnio. Tego samego dnia odpaliliśmy też melanż ostateczny, co, jak się później okazało, było świetnym planem, gdyż kolejnego dnia duży park został zamknięty. Wynikało to z tego, iż przez dwa dni intensywnych opadów stopniało 40cm śniegu i wszystko musiało zostać poddane kompletnemu re-shape’owi. Ostatecznie, czwartego dnia obudziło nas słoneczko i tak już zostało do końca wyjazdu, czyli przez kolejne 6 dni! Jak się okazało, cały dzień pracy shaperów nie poszedł na marne i park został idealnie przygotowany, za co ekipie Qparks należą się ogromne oklaski. W tym roku w Horsefeathers Superparku ustawiono najlepszy line hendrejli w całej Europie. Do dyspozycji były, kolejno: dubeltówa, płaskownik, double-kink i kolejna dubeltówa. Oprócz tego klasyczne przeszkody, jak Rainbow, Pikniki czy A-frame Box. Skocznie też działały i niektórzy nawet usilnie próbowali skakać, ale, powiedzmy sobie szczerze, temperatura dochodząca do +18 i mocno roztopione skocznie z miękkimi progami nie nadają się do próbowania powietrznych ewolucji. Kolejek do wyciągu klasycznie nie było, gdyż większość europejskiej młodzieży wybrała francuski kurort Les Deux Alpes, by tam odstać swoje i kończyć jazdę o 13, za co wszystkim Wam serdecznie dziękujemy i mamy nadzieję, że za rok również wybierzecie się na summer camp do Francji! Wracając do meritum, brak kolejek sprawił, iż można było oddać kilkadziesiąt rundek dziennie, więc ci, którzy zlekceważyli sezon przygotowawczy do letniego shreddingu więcej czasu spędzali na leżakach w chill zonie niż na hendrejlach. Jak co roku, można było spotkać w snowparku kilka osobistości znanych z Pudelka i snowboardowych super produkcji. Generalnie wszystkich wyjaśniał nasz reprezentant Wojtek Gniazdo Pawlusiak, który jest robocopem i robi wszystko. Było też mnóstwo austriackich dzieciaków z Flo Gallerem na czele. Byli, jak co roku, Chorwaci z Tribe-Films, a także mocna ekipa Czechów i Słoweńców. Była także nasza mistrzyni olimpijska, Justyna Kowalczyk, która biegała sobie nieopodal snowparku. Last, but not least, byli też panowie z Ameryki, bo tak szczęśliwie się złożyło, iż Grenade ruszył w tym roku w europejski tour i zahaczył podczas naszego pobytu o Dachstein. Mieliśmy zatem przyjemność zobaczyć Danny’ego Kaas’a czy Louie Vito, ale ja tam osobiście nie przeżyłem z tego powodu jakiegoś ogromnego szału…

No dobrze, czas na przypałowe akcje i jakieś statystyki. Przed wyjazdem ustaliliśmy, że nagramy sobie jakieś video, pamiątkę z wakacji. Tak totalnie bez spiny i planu. O mały włos, a nic by z tego nie wyszło, bo któregoś dnia, zanim tak naprawdę zdecydowaliśmy się zabrać kamerę do parku, to przestała ona działać! Po 2 czy 3 dniach rozkminiania podjechaliśmy do Schladming, kupiliśmy kasetę czyszczącą i, całe szczęście, kamera odżyła. Dzięki temu mogliście zobaczyć nasz edit, o którym wspominałem chwilkę wcześniej, a poniżej jeszcze jeden, w którym znajdują się sztuczki ludzi spoza naszej kolonii. Niestety nie obeszło się bez kontuzji. Pierwszego dnia ładnej pogody moja ręka postanowiła uderzyć o hendrejla, co zaowocowało jednym dniem bez jazdy i pozostałymi czterema na pół gwizdka, co było strasznie słabe. Pan Maciej Bukowiec aka Buko również nie dogadał się z jednym z hendrejli i przytulił go biodrem. Szczęście w nieszczęściu, iż nastąpiło to ostatniego dnia, więc niewiele stracił. Inny kolonista stwierdził, iż obije sobie piszczele spadając nimi na kant boxa. Pewnie, można i tak. Ten sam ziomeczek zjechał gołym ciałem po zboczu (skutek: porysowana cała klata), zapomniał posmarować karku kremem z filtrem (skutek: bąble, ale nie byle bąble, tylko B-Ą-B-L-E!) i coś tam pewnie jeszcze sobie zrobił, mniejsza o to. Jakieś inne ciekawostki? Podczas podróży w tamtą stronę Niemcy pokonali Argentynę 4:0, a ja przegrałem w ten sposób hajs u bukmachera, ale czil, niedużo. Ponadto, podczas tej samej podróży, trzej kierowcy z naszej 4-osobowej grupy, czyli wszyscy oprócz mnie, dostali mandaty. Dwaj przytulili po 50 euro za prędkość, a trzeciego tyle samo kosztował roaming na austriackiej autostradzie.

Nie wiem czy mam siłę pisać cokolwiek jeszcze, więc kończąc chciałbym podziękować ziomeczkom za miłe wakacje, hejterom za to, że zaraz wjadą jakieś dobre dissy (a przynajmniej taką mam nadzieję), pogodzie za słoneczko i przyjemną, letnią aurę przez zdecydowaną większość wyjazdu. Ponadto, dziękuję ekipie Qparks za przyjemną współpracę, panu austriackiemu rolnikowi, który pomógł nam swoim traktorem ogarnąć kamień, który wcześniej stoczyliśmy na dół w ferworze melanżu, Hansowi-gospodarzowi i paniom ze Spara. Dziękuję!

Sprawdźcie koniecznie stronę Horsefeathers Superparku.
Zobaczcie też jakimi innymi parkami opiekują się szejperzy Qparks

tekst: agu
fotorelacja: Anu